Jednakowo zbrodnicze?

Doświadczenie totalitarne a europejska pamięć

Pamięć historyczna jest jedną z tych rzeczy, które wciąż bardzo wyraźnie oddzielają od siebie starą i nową Europę. Zbrodnie reżimów komunistycznych bywają na Zachodzie bagatelizowane i relatywizowane, co wzbudza protesty w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Claus Leggewie zwraca uwagę, że wtłaczanie pamięci o zbrodniach komunizmu w schemat, który wyznacza pamięć o Holocauście, nigdy nie pozwoli na stworzenie wspólnej europejskiej płaszczyzny “upamiętniania”. Przeciwstawianie sobie tych dwóch rodzajów pamięci służy bieżącym politycznym celom: “Od piętnastu lat postkomunistyczna lewica i prekomunistyczna prawica w kampaniach wyborczych i codziennej polityce odwołują się do historycznych urazów. Odkryto, że postkomuniści mają nieusuwalny czerwony rdzeń, zaś strona liberalno-konserwatywna jest z kolei odmalowywana w brunatnych barwach”. W rezultacie tych manipulacji co i rusz pojawia się postulat, by ostatecznie “zapomnieć” o ponurym XX wieku.

Dni pamięci i rocznice ujawniają, jak różne, a czasem wzajemnie sprzeczne są europejskie wspomnienia. Pod wspólną interpretacją 8 maja 1945 roku jako “dnia wyzwolenia” nie mogą się podpisać przede wszystkim te kraje, w których nastąpiło płynne przejście od okupacji niemieckiej do kilkudziesięcioletniej okupacji sowieckiej. Symbolem tego było dziewięć “obozów specjalnych” utrzymywanych przez sowiecką administrację wojskową we wschodnich Niemczech od 1945 do 1950 roku w miejscach dawnych obozów koncentracyjnych. Zdumiewające, jak dwie dyktatury zazębiły się ze sobą na tej definiującej je płaszczyźnie, jaką był system obozów. Niektórzy więźniowie siedzieli w tym samym obozie dwa razy: najpierw jako przeciwnicy narodowego socjalizmu, potem jako “kontrrewolucjoniści” albo socjaldemokraci. W miejscach tych nie jest łatwo tak zorganizować upamiętniające obchody, by z należnym szacunkiem oddać tragiczne doświadczenie dwóch totalitaryzmów, nie zrównując ich ze sobą. Dlatego też musi być uwzględniona nie tylko fatalna jedność miejsca, ale także chronologia doświadczeń dyktatury. Dla konkretnego człowieka było obojętne, którego systemu padł ofiarą, lecz z analitycznego punktu widzenia rozróżnienie ich jest ważne i musi znaleźć odbicie w rytuałach pamięci. “Dom Terroru” w Budapeszcie, w którym znajdowały się sale tortur narodowo-socjalistycznych strzałokrzyżowców, a który po 1945 r. zajmowali komuniści, może posłużyć jako przykład nieudanego upamiętniania historii “wieku skrajności” (Hobsbawm). Rzadko udaje się osiągnąć równowagę. Z reguły pojawia się katastrofalna hierarchia grup ofiar, która nie tyle zrównuje ze sobą “brunatną” i “czerwoną” dyktaturę, ile przeciwstawia jedne zbiorowe doświadczenia drugim. Zatrważająca liczba ofiar ma skłonić “drugą stronę” do milczenia. Wysuwanie na pierwszy plan “upamiętniania Holocaustu” często oznacza – świadome bądź nie – pomniejszanie terroru stalinowskiego lub usprawiedliwianie go za pomocą stwierdzenia, że w przeciwieństwie do narodowego socjalizmu komunizm stawiał sobie humanitarne i postępowe cele. Z kolei ci, którzy ponad wszystko wynoszą “pamięć Gułagu”, często pomijają – znów świadomie bądź nie – fakt, że ofiary stalinizmu często były dawnymi kolaborantami narodowego socjalizmu. Z drugiej strony podkreślanie tego może skutkować wybielaniem poststalinowskiej dyktatury trwającej aż do 1990 roku i lekceważeniem faktu, że po zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow niektóre obszary Europy Wschodniej jeszcze przed okupacją nazistowską były okupowane i “czyszczone” przez wojska rosyjskie.

Grozi nam zatem, że dawne zimnowojenne “cui bono” zwycięży nad prawdą, a polityczny podział kontynentu zostanie utrwalony po wsze czasy. Od piętnastu lat postkomunistyczna lewica i prekomunistyczna prawica w kampaniach wyborczych i codziennej polityce odwołują się do historycznych urazów. Odkryto, że postkomuniści mają nieusuwalny czerwony rdzeń, zaś strona liberalno-konserwatywna jest z kolei odmalowywana w brunatnych barwach. Obie te operacje służą delegitymizacji elit rządzących. Inna taktyka to szybkie przejście do porządku nad obiema dyktaturami celem oczyszczenia całych narodów: wszelkie krzywdy uznaje się za skutek uboczny nieprzerwanej okupacji. Przemawiając w szesnastą rocznicę wyzwolenia narodowo-socjalistycznych obozów koncentracyjnych, pisarz Jorge Semprun, członek przedwojennej hiszpańskiej partii komunistycznej, a w latach 1943-45 więzień Buchenwaldu, stwierdził, że rozszerzenie Europy może się powieść w sensie kulturowym i egzystencjalnym tylko wtedy, “kiedy nasze wspomnienia będą wspólne i złączone w jedno”. Teza, że przyszłość kontynentu opiera się na wspólnocie pamięci i że rozliczenie totalitarnej przeszłości stanowi niezbędny warunek demokratyzacji, nie dla wszystkich jest oczywista. Większość nawołuje do szybkiego i gruntownego zapomnienia (na tyle, na ile jest to możliwe) o historii bólu i terroru – innymi słowy, do zbiorowej amnestii i amnezji. Semprun ma jednak rację: wymuszone zapominanie w gruncie rzeczy oznacza, że sprawcy lekceważą cierpienie swoich ofiar, czyli czasem także swoje. Zobiektywizowanie własnej historii przez spojrzenie na nią z “trzeciej strony” jest z pewnością trudne, ponieważ pamięć narodowa skupia się na triumfach, a pamięć ponadnarodowa jest oparta na uznaniu cudzych krzywd i własnych grzechów. Socjolog niemiecki Bernhard Giesen nazwał to przejściem od paradygmatu triumfu do paradygmatu traumy. Brak jedności i asymetrię europejskiej pamięci rzekomo warunkują dalsze czynniki. I tak II wojna światowa (która dopiero od 20 czy 30 lat obejmuje także wymordowanie europejskich Żydów) była doświadczeniem całej Europy, natomiast stalinowska dyktatura i socjalizm realny dotknęły wyłącznie wschodnich Europejczyków. Przeciwko temu przemawia fakt, że ani w Wielkiej Brytanii, ani w Portugalii Holocaust nie skupia na sobie tyle uwagi, ile mu się jej poświęca – dzięki wieloletnim wysiłkom politycznym – nie tylko w Niemczech, ale również we Francji czy w Polsce. Powód jest taki, że wyjątkowy status Żydów w Trzeciej Rzeszy znalazł odbicie w narracjach snutych po 1945 roku, natomiast terror stalinowski był “stochastyczny”, to znaczy mógł dotknąć dosłownie każdego w dowolnym momencie i dlatego nie stworzył “grup pielęgnujących pamięć”, chyba że – jak to było w krajach bałtyckich – za jego ofiarę mogły się uznać całe narody. To, że dyktatura komunistyczna odgrywa mniejszą rolę w zachodniej pamięci, nie powinno przesłaniać faktu, że po drugiej stronie żelaznej kurtyny również działały silne partie komunistyczne, które nie były wolne od stalinowskich praktyk. Nawet antyautorytarny ruch protestu nie oparł się temu bakcylowi – vide jego poparcie dla Chin i beztroskie wyznawanie maoizmu podczas “rewolucji kulturalnej”. Zachodnia Europa ponosi współodpowiedzialność za komunizm w jeszcze istotniejszym sensie: uznała za stosowne zawrzeć układ z komunizmem – aby zagwarantować sobie pokojowe współistnienie i uniknąć wojny jądrowej, drugą połowę Europy pozostawiła jej własnemu losowi. Autosugestia, że Zachód nie miał nic wspólnego z komunizmem, rozpada się jednak, gdy rozmawiamy nie o historycznej wspólnocie doświadczenia i cierpienia, lecz o bieżącej wspólnocie problemów. Zauważamy to w odruchach warunkowych będących dziedzictwem sowieckiego totalitaryzmu – choćby wtedy, gdy Polska, Bułgaria i Łotwa uważają za coś oczywistego, że należy przyłączyć się do koalicji przeciw Saddamowi Husajnowi. Czy Europa w ogóle potrzebuje wspólnej pamięci? Czy spoiwem zjednoczonej Europy nie są raczej wartości, interesy czy zagrożenia zewnętrzne? Ujmijmy to od drugiej strony: czy grupy i społeczności we współczesnym społeczeństwie mogą funkcjonować bez wspólnej pamięci? Klasyczne narody europejskie odrzuciły to i stwierdziły, że aby można było działać solidarnie wewnątrz określonych granic, potrzebny jest zasób wspólnych wspomnień. Co zatem z tą zjednoczoną Europą?

Proponowany Europejczykom negatywny mit założycielski Holocaustu na pierwszy rzut oka wydaje się do przyjęcia, jako że antysemityzm i faszyzm były zjawiskami, które pojawiały się w całej Europie – wymordowanie europejskich Żydów byłoby niemożliwe bez szeroko zakrojonej współpracy europejskich narodów i rządów. W tym sensie zadaniem Międzynarodowego Forum Holocaustu z siedzibą w Sztokholmie jest sprawowanie ogólnej pieczy nad bieżącymi działaniami prewencyjnymi. “Nigdy więcej Auschwitz, nigdy więcej wojny!” stało się europejskim motywem do działania, kiedy wojna jugosłowiańska zmusiła Europę Zachodnią do podjęcia jakichś decyzji. Stare hasło zostało jednak w tym wypadku odwrócone: “Nigdy więcej Auschwitz, a zatem konieczna jest humanitarna interwencja wojskowa!”. Poza tym zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej pamięć o Holocauście stała się “miękkim” kryterium członkostwa w UE: do historycznych rozliczeń zgodnych z europejskimi standardami nakłania się Chorwację, Bośnię i Serbię, a zwłaszcza Turcję w odniesieniu do ludobójstwa Ormian podczas I wojny światowej. Jednakże nadzieja, że Europa może się zjednoczyć wokół wspólnej pamięci o Holocauście, staje pod znakiem zapytania, jeżeli pamięć tę podsuwa się jako matrycę do rozliczania komunistycznych zbrodni przeciwko ludzkości w Europie Wschodniej. Powstanie pojęcia “Czerwony Holocaust” budzi wrażenie, że świadectwa zbrodni komunistycznych same w sobie nie miałyby dostatecznej siły dowodowej. “Gorącym wspomnieniem” z historii Europy Środkowej i Wschodniej nie jest prześladowanie Żydów, lecz przede wszystkim konsekwencje sowieckiej okupacji i działań rządów komunistycznych w tych krajach. Nie ma więc mowy o procesie tworzenia się wspólnej europejskiej pamięci. Węgierska socjolożka Éva Kovács pokazała, że importowana z USA pamięć o Holocauście może stać się uniwersalną formą upamiętniania różnych grup ofiar, zwłaszcza od czasu wojny w Jugosławii, kiedy to wszystkie zbrodnie podciągano pod pojęcie “czystek etnicznych”. W ten sposób powszechne potępienie motywowanych rasowo lub religijnie wysiedleń, niezależnie od przebiegu wydarzeń, zyskuje fundament moralny. Ale w trakcie tej operacji konkretna pamięć o niemal całkowitej zagładzie europejskich Żydów zostaje pozbawiona swego miejsca. Zatraca się też historyczna relacja wobec sprawców i ofiar. Mielibyśmy do czynienia z paradoksem, gdyby o ofiarach narodowego socjalizmu i komunizmu pamiętano mniej niż niemieckich wysiedlonych, którzy także są ofiarami luźno zdefiniowanej “czystki etnicznej” i dlatego podpadają pod rzekomy “znak firmowy” XX stulecia. Trudność ze wspólną europejską pamięcią polega zatem na tym, że trzeba podkreślać wyjątkowość przemysłowo-biurokratycznej zagłady europejskich Żydów, a jednocześnie dogmatycznie nie wykluczać historycznych porównań i nie bagatelizować prześladowań “wroga klasowego” czy “wrogów ludu” na terenie imperium sowieckiego. Zasadnicze zastrzeżenia do europeizacji kultury upamiętniania zgłaszają zwolennicy “Europy ojczyzn”, dla których pełne patosu podnoszenie idei europejskiej jest podejrzane w sytuacji, gdy organa ponadnarodowe ograniczają suwerenność państw narodowych i ingerują w ich konstytucje. Każdy, kto wyczuwa takie zagrożenia, uważa europejską pamięć o historii za marnowanie czasu na coś, co w gruncie rzeczy jest odgrzewaniem starych konfliktów. Z tej perspektywy Europa jest przede wszystkim wspólnotą interesów, która powinna funkcjonować jako strefa wolnego handlu i działać wspólnie tylko w sytuacjach zagrożenia z zewnątrz. Warte upamiętniania są walki obronne przeciwko zewnętrznym wrogom i barbarzyńcom takim jak naziści, których pokonanie w maju 1945 roku było dobre dla wszystkich. Wielu Europejczyków pyta, czy zamiast rozpamiętywać XX-wieczne katastrofy, nie powinniśmy roztropnie o nich “zapomnieć”. Ten zrozumiały odruch znalazł swoich prominentnych zwolenników. Ale jeśli procesom demokratyzacji społeczeństw znajdujących się w fazie transformacji – a wszystkie państwa europejskie po 1945 roku znajdowały się w fazie transformacji – nie będzie towarzyszyła krytyczna refleksja, przeszłość tych społeczeństw może je zdestabilizować. Sukcesy europejskiej integracji po 1945 roku można i należy wspominać, ale każdy, kto chce nadać społeczeństwu europejskiemu tożsamość polityczną, musi cenić dyskusję historyczną i akceptację spornych wspomnień równie wysoko jak traktaty, wspólną walutę i otwarte granice! Pytanie nie brzmi zatem, czy upamiętniać, tylko jak upamiętniać. Pamięcią nie mogą sterować obchody państwowe i rytuały upamiętniające w rodzaju 8 maja czy 27 stycznia. Zbiorowa pamięć Europy po 1989 roku jest równie zróżnicowana jak jej narody i kultury. Chociaż treści nie można wszystkim narzucić, formę pełnej szacunku konfrontacji da się chyba wypracować. Innymi słowy, model europejski mógłby polegać na tym, że dyskutuje się o historii, nie stroniąc od kontrowersyjnych kwestii, a jednocześnie wyciąga się z tej dyskusji ostrożne nauki dotyczące dzisiejszej demokracji europejskiej.

Published 20 December 2006
Original in German
Translated by Tomasz Bieron
First published by Europa 121/2006, 26 July 2006

© Claus Leggewie / Europa / Transit Eurozine

PDF/PRINT

Read in: EN / DE / PL / FR / LT

Published in

Discussion