Zdradzeni przez intelektualistów

Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku prowadziłem zajęcia z antropologii społecznej na uniwersytecie w Cambridge – na długo przed rozpowszechnieniem się internetu; w domu nie mieliśmy nawet telewizora. Informacje czerpałem wtedy z radia BBC, gazet w moim kolegium i węgierskiego tygodnika gospodarczego „Heti Világgazdaság”, który prenumerowałem. Każdej wiosny w Fitzwilliam College odbywał się zjazd członków National Association for Soviet and East European Studies. Dla rezydentów Cambridge była to świetna okazja, by zapoznać się z ofertą wydawców książek i uczestniczyć w szeregu pouczających sesji bez konieczności wnoszenia opłaty konferencyjnej. Przypominam sobie wiele rozmów ze specjalistami, którzy lepiej ode mnie orientowali się w gwałtownym tempie zmian za żelazną kurtyną.1 Do Cambridge przyjeżdżał regularnie na przykład György Schöpflin, tak jak wielu innych niezmiernie podekscytowany „powrotem do Europy” krajów z centralnej części kontynentu, których losem się przejmował.2

W tamtym czasie pomagałem podejmować gości z Polski i Węgier, których finansowała Fundacja im. Stefana Batorego założona przez George’a Sorosa. Reprezentowali oni szerokie spektrum poglądów politycznych. Nawet Viktor Orbán spędził kilka tygodni na stypendium w Oxfordzie, badając Heglowskie korzenie pojęcia społeczeństwa obywatelskiego. Przed pierwszymi wolnymi wyborami w 1990 roku dyskutowaliśmy z naszymi gośćmi na temat względnych zalet konserwatystów z Węgierskiego Forum Demokratycznego (MDF) i o ich liberalnych rywalach, Związku Wolnych Demokratów (SzDSz) – którego liderzy już od dekady działali w opozycji. Pamiętam, że opowiadałem się wtedy za Forum mimo nacjonalistycznego nachylenia partii, ponieważ wydawało mi się, że proponuje pragmatyczny kurs gospodarczy kontrastujący z entuzjazmem wobec wolnego rynku, charakterystycznym dla większości Wolnych Demokratów. W latach 80. w Wielkiej Brytanii doskonale już wiedzieliśmy, dokąd może prowadzić Hayekowskie podejście do ekonomii. Ale wśród węgierskich ekonomistów cieszyło się ono dużym poparciem. Drogę tej myśli torował János Kornai odrzucający reformy socjalistów, takie jak utworzenie małych prywatnych przedsiębiorstw funkcjonujących w obrębie państwowych zakładów – tak zwanych VGMK-ów (vállalati gazdasági munkaközösség – ekonomiczne społeczności wytwórcze przedsiębiorstwa), ponieważ uważał, że tylko własność prywatna i wolny rynek mogą wyprowadzić na prostą upadającą gospodarkę.3 Gdy Gáspár Miklós Tamás (który odwiedzał wtedy Oxford jako członek SzDSz) pochwalał thatcherowski liberalny konserwatyzm, moja sympatia dla jego partii wyparowała w przeciągu jednego wieczoru.

Niebawem zarówno Tamás, jak i Schöpflin zmienili ścieżki swoich karier. Ten drugi wstąpił do Fideszu i od 2004 roku jest deputowanym Parlamentu Europejskiego. Nie wiem, jak ocenia nachylenie ideologiczne swojej partii w ostatnich latach. W 2004 roku, kiedy Węgry zostały przyjęte do Unii Europejskiej, państwo to rzeczywiście „wróciło do Europy”, a perspektywa wykluczenia wydawała się mało prawdopodobna. Jednak groźby unijnych sankcji względem Węgier i Polski w jasny sposób wskazują na nowe pęknięcie. Schöpflin oraz inni umiarkowani konserwatyści przekonują, że jest to konsekwencja elitystycznego liberalizmu i charakterystycznej dla unijnych instytucji technokracji, zagrażających funkcjonowaniu wspólnoty oraz przyszłości demokracji w całym regionie. Rzeczywiście, narastającej polaryzacji w obrębie wielu państw członkowskich towarzyszą nowe napięcia na linii Wschód-Zachód, których trzydzieści lat temu nikt nie przewidywał.

Zanim opowiem o sygnałach aktualnych napięć w południowych Węgrzech, gdzie prowadzę badania terenowe, powinienem najpierw odnotować kontekst ekonomiczny. Mając na uwadze względny sukces „gulaszowego komunizmu” w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, wielu ludzi uważało, że perspektywa gładkiego wejścia w gospodarkę rynkową jest na Węgrzech szczególnie obiecująca. Jak się okazało, była to mrzonka. Populistyczne resentymenty na Węgrzech i w innych krajach Grupy Wyszehradzkiej nie będą trudne do zrozumienia, gdy dostrzeżemy porażkę zasypania przepaści ekonomicznej oddzielającej je od Zachodu. Pod koniec drugiej dekady postsocjalizmu, gdy dochód na mieszkańca dorównał wartościom z okresu późnego socjalizmu, ponowne drgawki wywołał globalny kryzys finansowy. Po niemalże dekadzie rządów Fideszu sytuacja na Węgrzech nie uległa diametralnej poprawie. Główna zmiana polega na tym, że w porównaniu do swoich nominalnie centrolewicowych poprzedników populistyczni przywódcy od 2010 roku aktywniej interweniują w mechanizmy rynkowe. Sprzyjają bezpośrednim inwestycjom zagranicznym, zwłaszcza gdy jest to niemiecki kapitał pompowany w sektor samochodowy – mimo dowodów, że korzystają na tym głównie ponadnarodowe korporacje.4 W przededniu Brexitu odpływ pracowników na zachód, także do Anglii, zdaje się nie słabnąć. Najważniejsze instytucje Unii Europejskiej w dużej mierze utraciły swoje umocowanie polityczne, a ograniczona dystrybucja ekonomiczna na całym kontynencie działa wyłącznie na rzecz umacniającego się kumoterstwa. Bálint Magyar opisuje to jako postkomunistyczne państwo mafijne.5

Liberalni komentatorzy w krajach zachodnich mają problem, by pojąć stanowisko Victora Orbána w sprawie kryzysu migracyjnego – począwszy od lata 2015 roku służy on premierowi do rozgrywania partyjnych interesów. Jeżeli obywatele mają prawo swobodnie przemieszczać się w poszukiwaniu lepszego życia, dlaczego z hipokryzją odmawiają tego prawa innym? Ale skoro rodziny węgierskich wyborców skazywane są na rozłąkę ze względu na migrację ekonomiczną, spowodowaną ograniczonymi możliwościami i niskimi stawkami wynagrodzenia na Węgrzech, jak można oczekiwać, że będą witać z otwartymi ramionami przybyszów spoza Europy, których obecność w ich kraju doprowadzi do dalszego obniżenia płac? Poza ekonomicznymi implikacjami migracji jeszcze poważniejsza kwestia z nią związana dotyczy zachowania tożsamości i moralności. Według Józsefa Böröcza, socjologa, który przez wiele lat wykładał na Rutgers University w New Jersey, Węgrzy nie mają prawa zakładać, że poziom ich średniego wynagrodzenia dorówna Austrii lub Niemcom, skoro dążą do podziału z państwami spoza UE. Większość jego rodaków zaś uważa, że właśnie to zaoferowano im w 1990 roku, następnie w 1997 – gdy rozpoczęły się negocjacje z UE, w 2004 – gdy zostali przyjęci w jej struktury, wreszcie w 2010 – gdy Orbán obiecywał rządzić lepiej od swoich poprzedników. Jednak zmiana strukturalna – o ile w ogóle do niej doszło – była nieznaczna. Wydaje się, że obywateli krajów Europy Wschodniej szczególnie drażni świadomość, że migranci ekonomiczni z odległych państw są wspierani przez „europejskiego podatnika”. Węgrom przykładowo, w porach największej oglądalności, telewizja pokazuje, jak Niemcy i inne zamożne kraje przyjmują nieeuropejskich imigrantów oraz to, jak pomaga im się w znajdowaniu pracy. Dla większości widzów byłoby to z praktycznych względów (brak kontaktów, nieznajomość języka) nieosiągalne.

Likwidowanie podziału Wschód-Zachód na mikropoziomie

Przepaść ekonomiczna pomiędzy Wschodem a Zachodem jest nagim, makroekonomicznym faktem, którego percepcja stanowi główny napęd populistycznej polityki współczesnych Węgier. Podział ten próbuje się oczywiście likwidować na wiele sposobów niedostępnych w okresie socjalizmu, kiedy do Anglii mogła dotrzeć jedynie garstka stypendystów. Obecnie każdy może zarezerwować sobie lot tanimi liniami Wizzair. Niedawno spotkałem się w centrum Londynu z najmłodszym synem pary pochodzącej ze wsi Tázlár w środkowej części Węgier, którą poznałem w 1976 roku. Zoltán, urodzony w 1986 roku, przerwał kształcenie zawodowe i przeprowadził się do Londynu, gdzie mieszka od ponad dziesięciu lat. Początkowo zatrudnił się jako pomocnik kuchenny w Hiltonie na lotnisku Heathrow (jego ówczesna dziewczyna pracowała tam jako pokojówka), następnie był kucharzem na praktykach w innym hotelu, a teraz pracuje w małej, ekskluzywnej restauracji. Twierdzi, że któregoś dnia chciałby wrócić na Węgry i otworzyć wykwintną restaurację w stolicy, ale jego rodzice wątpią, by kiedykolwiek miało to nastąpić. Jego była dziewczyna (z którą spotykał się od szkoły średniej) także w to nie wierzy, nadal jednak zaharowuje się w sektorze hotelowym. Zoltán trzyma się ze swoimi zagranicznymi współlokatorami i chodzi na mecze Chelsea, na które przeznacza solidną część swojej wypłaty. Mówi dobrze po angielsku; twierdzi, że nie tęskni za węgierskim towarzystwem. Jego kolega z klasy, pochodzący z tej samej wioski, przyjechał do Londynu praktycznie w tym samym czasie co Zoltán, jednak szybko zerwał im się kontakt. Bertalan jest inżynierem ogrodnictwa, ale nigdy nie wykorzystał swoich kwalifikacji zawodowych. Nie może nawet pomyśleć o powrocie do węgierskich zarobków po Brexicie, choćby dlatego, że spłaca kredyt za kupno nowego samochodu. Ani Zoltán, ani Bertalan nie pomagają swoim rodzicom finansowo, chociaż odwiedzają rodzinną wieś kilka razy do roku.

Stosunki pomiędzy Węgrami a Niemcami są trochę inne, ponieważ w tym wypadku to kapitał wydaje się bardziej mobilny od ludzi. Najbardziej spektakularna transformacja ekonomiczna w tradycyjnie rolniczym komitacie Bács-Kiskun (gdzie leży wioska Tázlár) dokonała się za sprawą inwestycji Mercedesa w miejscowości Kecskemét. Nowa fabryka zatrudniała 4 tysiące osób w 2019 roku, ale można się spodziewać, że do 2021 roku liczba ta znacząco wzrośnie. Realizuje się tutaj schemat zależności eksportu i ponadnarodowych korporacji. Wynagrodzenie dla niewykwalifikowanego personelu linii produkcyjnej merca jest ponad dwukrotnie wyższe od węgierskiej płacy minimalnej. To sprawia, że zakład przyciąga pracowników niezrażonych perspektywą długich codziennych dojazdów (przeprowadzka do Kecskemét jest praktycznie niemożliwa, bo inwestycja odmieniła lokalny rynek nieruchomości). Dla mieszkańców wsi Tázlár, położonej 40 kilometrów od fabryki, jest to autentyczna alternatywa dla szukania szczęścia w stolicy Wielkiej Brytanii lub Irlandii.

Mercedes-Benz otwiera się także na wykwalifikowanych pracowników i personel biurowy. Pochodzący z Tázlár Pál jest absolwentem politechniki. Krótko po zatrudnieniu w Kecskemét firma wysłała go do Stuttgartu, by mógł się dokształcić i zdobyć doświadczenie zawodowe. Wszystko układało się dobrze, pojawiła się nawet okazja, aby zostać w Niemczech na stałe. Ale Pál zdecydował się wrócić do rodzinnej miejscowości i kontynuować karierę w dziale logistycznym fabryki w Kecskemét. Chociaż warunki pracy są inne od tych przy linii produkcyjnej, musi zaakceptować niższe stawki wynagrodzenia i dojazdy trwające półtorej godziny dziennie. Pál tłumaczy swoją decyzję, wspominając podróże do pracy w Stuttgarcie. Chociaż zna niemiecki, nie czuł się tam komfortowo, ponieważ nie rozumiał mówiących w obcych językach pasażerów komunikacji miejskiej. Pál uważa, że nie jest to „zdrowy porządek społeczny”. Woli wychowywać swoje dzieci na terenie relatywnie izolowanej miejscowości, gdzie każdy porozumiewa się po węgiersku.

Ewolucja miasteczek

Chociaż Niemcy nie otworzyły swojego rynku pracy dla nowych członków Unii w 2004 roku, już od połowy lat 80. ubiegłego wieku nawiązywały z nimi bliskie relacje. Najlepiej prosperujące prywatne przedsiębiorstwo w Kiskunhalas (mieście targowym oddalonym o 15 km od Tázlár), rozwijane na gruzach dużych, państwowych fabryk, zostało założone w Bawarii. Obecnie firma wypracowuje większość zysków na Węgrzech, jednak nadal rekrutuje wykwalifikowanych pracowników na projekty prowadzone w południowych Niemczech. Jej właściciele i menedżerowie szczycą się humanitarnym rytmem dojazdów, który umożliwia pracownikom powrót do domu (oddalonego o co najmniej 500 km) w piątkowy wieczór i zjedzenie niedzielnego obiadu z rodziną przed ponownym wyruszeniem do pracy.

O firmie opowiedział mi Ferenc, jej założyciel – formalnie na emeryturze, ale wciąż bardzo zaangażowany w prowadzenie biznesu. Rozmawiałem z nim we wrześniu 2018 roku w jego biurze mieszczącym się w dawnych koszarach Armii Czerwonej. Ferenc wychowywał się na wsi, w węgiersko-niemieckiej (sváb) rodzinie, a znajomość języka w oczywisty sposób pomogła mu, gdy wyjechał do pracy w Niemczech. Jednak na początku swojej kariery zawodowej, jeszcze będąc studentem Politechniki Budapesztańskiej, odbywał staż w dużym państwowym przedsiębiorstwie w Kiskunhalas. Pamięta swoje pozytywne doświadczenia z lat 80., gdy był partnerem w jednym z VGMK-ów. To przygotowało go na długoletni pobyt w Niemczech, gdzie w 1990 roku założył własną firmę. Następnie zbudował konsorcjum na Węgrzech i założył klub przedsiębiorcy w Kiskunhalas. Krytykuje władze miejskie za ograniczanie wsparcia dla przedsiębiorców takich jak on.

W pewnym sensie historia postsocjalistycznej transformacji w Kiskunhalas jest reprezentatywna dla całego kraju – rolnicze miasteczko skorzystało na dużych inwestycjach w przemysł w ostatnich dekadach socjalizmu. Zatrudnienie w produkcji znajdowali wszyscy, łącznie z mieszkańcami z wiosek i przedstawicielami mniejszości romskiej. Niektóre z inwestycji okazały się niewypałem, jak na przykład fabryka dzianin, którą w 1988 roku wykupił Levi Strauss, zachowując wszystkie miejsca pracy. Było to jedyne duże przedsiębiorstwo, które przetrwało to, co Węgrzy nazywają „zmianą ustrojową”. Niemalże wszystkie inne upadły, łącznie z państwowym gospodarstwem rolnym [state farm] – największym pracodawcą w mieście. Ocalały jedynie małe przedsiębiorstwa, takie jak to kierowane przez Ferenca (zatrudniającego pierwotnie personel, z którym pracował w Niemczech).

Pod innymi względami Kiskunhalas było jednak nietypowe. Miasto położone przy granicy z Jugosławią gościło niegdyś wielu żołnierzy – zarówno węgierskich, jak i radzieckich. Jedni i drudzy zniknęli stamtąd przed laty, a niedawny przyrost liczby funkcjonariuszy straży granicznej w żadnym stopniu nie kompensuje gospodarczych strat, które spowodowało wycofanie wojska.

Pod względem politycznym Kiskunhalas odzwierciedlało siłę odrodzonej Niezależnej Partii Drobnych Właścicieli, która triumfowała w pierwszych wolnych wyborach parlamentarnych. Jednak w samym mieście silniejszą pozycję miał Związek Wolnych Demokratów. Chociaż burmistrz wybrany w 1990 roku był reprezentantem tej partii, wkrótce pozbył się związanych z nią złudzeń. Dzięki niesłabnącej popularności ponownie obierał tę funkcję w 1994 i 1998 roku, już jako kandydat lokalnego Miejskiego Koła Obywatelskiego. Część zwolenników Związku Wolnych Demokratów, wycofując w 1994 roku swoje poparcie dla partii, dołączyła do Fideszu. Był wśród nich prawnik wybrany do parlamentu z okręgu Kiskunhalas w 1998 roku. Niektórzy wyborcy nie pojmują, jak mogli głosować na partię, która obiecała wolność i wsparcie dla małych przedsiębiorstw, ale w rzeczywistości, nawet będąc w rządzie, pozostawała w tej materii bezczynna. Bálint Magyar, centralna postać Związku Wolnych Demokratów w tamtym okresie, identyfikuje problem, pisząc w przepraszającym tonie, że „[…] w Związku Wolnych Demokratów (SzDSz) uczestnictwo w codziennym życiu partyjnym było niemal obowiązkową praktyką, gdyż kierownictwo partii i jej inteligenckie elity nie miały wspólnych kulturowych wartości z większością członków. A to oznaczało, że nie dzielili tych samych stylów życia ani nie bywali w jednym towarzystwie”.6

Nie jest zaskakujące, że gdy wszystko się rozpada, ludzie zwracają się ku siłom, które kojarzą się im z wcześniejszą erą stabilizacji. W 1994 roku wyborcy z Kiskunhalas umieścili w parlamencie socjalistę, a następnie zadecydowali, by w latach 2002–2010 polityk ten sprawował funkcję burmistrza. Chociaż był komunistą i dyrektorem PGR-u, niektórzy uważają, że zrobił więcej dla drobnych przedsiębiorców niż jego poprzednik ze Związku Wolnych Demokratów. Według Ferenca zrobił jednak niedostatecznie dużo, na przykład w zakresie obniżania lokalnych obciążeń podatkowych. Żaden z dotychczas urzędujących burmistrzów nie był w stanie przyciągnąć do miasta zewnętrznego inwestora. Katastrofa nadeszła w 2008 roku, kiedy Levi Strauss zdecydował się zamknąć fabrykę i przenieść ją do Rumunii, gdzie koszty są wyraźnie niższe. W niedługim czasie zlikwidowano prawie 500 miejsc pracy.

Chociaż mieszkańcy okolicznych wsi stanowili żelazny elektorat Fideszu, przedstawiciel tej partii startujący w wyborach na burmistrza Kiskunhalas nie był popularny i w 2010 roku przegrał z kandydatem niezależnym. W 2014 roku ta „anomalia” została skorygowana i na burmistrza wybrano trzydziestokilkuletniego polityka Fideszu wywodzącego się z rodziny lokalnych przedsiębiorców. Od tamtego czasu wyborcy głosują mniej więcej tak samo. Liczba ludności maleje ze względu na emigrację, ale parki i pobocza są dobrze utrzymane dzięki miejskim programom zatrudnienia. Romski zastępca burmistrza jest dumny z faktu, że po dwóch dekadach życia na zasiłkach większość członków jedynej liczącej się mniejszości jest aktywna zawodowo. Burmistrz uważa, że zły stan dróg i duża odległość od autostrad to główne czynniki, które zniechęcają zachodnich inwestorów. Pokłada nadzieje w modernizacji kolei na trasie Budapeszt–Belgrad, będącej częścią chińskiego planu budowy Jednego Pasa i Jednej Drogi. To ambitne pod względem geopolitycznym założenie miałoby służyć Chinom w przebiciu się na rynki zachodniej Eurazji. Ferenc nie jest do tego przekonany i uważa, że obecnie można by robić więcej dla polepszenia lokalnych warunków dla biznesu.

Podsumowanie

W Kiskunhalas populistyczne komunikaty Orbána spotykają się na ogół z pozytywnym przyjęciem. W ostatnich wyborach lewica poniosła klęskę, a jedyną liczącą się opozycję stanowi Jobbik. Liberalni intelektualiści z Budapesztu mogą obruszać się na taki wynik, potępiając swoich rodaków z prowincji i upierać się przy moralnej wyższości własnych, kosmopolitycznych poglądów. Po długotrwałym sporze Uniwersytet Środkowoeuropejski przeniósł swoje główne kierunki z Budapesztu do Wiednia, a silna presja polityczna wywierana jest nawet na Węgierską Akademię Nauk. Jednak ci, którzy podobnie jak Magyar protestują przeciwko „nieliberalnej demokracji”, powinni spojrzeć na swoje dokonania. Polityka Orbána osłabia liberalizm, ale elityzm, który charakteryzuje samozwańczych liberalnych intelektualistów, niezdolnych do dzielenia jakichkolwiek „kulturowych wartości” ze swoimi rodakami w miejscach takich jak Kiskunhalas, jest sam w sobie destrukcyjny dla demokracji. Poza szeregami profesjonalnych polityków to inteligencja reprezentująca humanistykę i nauki społeczne musi wziąć częściową odpowiedzialność za to, w którym miejscu obecnie znajdują się Węgry. Jánosowi Kornaiowi zajęło sporo czasu, by pojąć, że będąca rezultatem prywatyzacji decentralizacja i podporządkowanie regule rynkowej nie gwarantują przyzwoitego, demokratycznego społeczeństwa. Soros w sposób przenikliwy ostrzegał przed niebezpieczeństwami „fundamentalizmu rynkowego”. Ale ostatnie wypadki uświadamiają, że slogany takie jak „społeczeństwo otwarte” lub „społeczeństwo obywatelskie” nie są rozwiązaniem, jeżeli w praktyce oznaczają przyrost elitystycznych organizacji pozarządowych kontaktujących się po angielsku z aktywistami z innych krajów. Gáspár Miklós Tamás stał się jednym z najsurowszych krytyków nowego populizmu, który opisuje w kategoriach postfaszyzmu – jednak tego typu radykalne głosy łatwo ulegają marginalizacji.

Nie uważam, że tak to musiało się skończyć, że trzydzieści lat temu nie było alternatywy dla wykastrowania kraju przez prywatyzację i złożenia go na ołtarzu bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Ferenc mógł być jeszcze lepiej prosperującym biznesmenem, gdyby jego państwowy pracodawca nie został zlikwidowany, gdy mężczyzna wyjechał do Niemiec. Nie należy także pomijać roli, jaką odgrywają egoistyczni liderzy lewicy ślizgający się pomiędzy społecznym populizmem a neoliberalną polityką oszczędnościową – chytrzy spadkobiercy śmiałych reformatorów z ostatnich dekad komunizmu. Podobnie nie należy zapominać o roli liberalnych intelektualistów, w tym także byłych dysydentów, założycieli Związku Wolnych Demokratów. Niektórzy z nich prawdopodobnie fantazjowali o przezwyciężeniu historycznej przepaści pomiędzy wschodem a zachodem Europy, jednak ostatecznie tylko go umocnili, a równolegle – w efekcie swojej nieudolności w prowadzeniu polityki demokratycznej – doprowadzili do odnowienia podziału między miastem i wsią.

Z uwagi na stanowisko, które piastowałem na wydziale antropologii społecznej, tematyka moich wykładów ograniczała się jedynie do Europy Wschodniej jako obszaru etnograficznego. Latem 1988 r. zorganizowałem multidyscyplinarny cykl seminariów na temat Węgier (Ch. Hann (ed.), Market Economy and Civil Society in Hungary, Brighton 1990). Jednak fakt, że jestem antropologiem, okazywał się niekiedy kłopotliwy. W 1989 r. przedstawiłem szerokiemu audytorium w Cambridge uznanego węgierskiego socjologa, Eleméra Hankissa, który rozpoczął swój wykład od stwierdzenia, że pochodzi z kraju ewidentnie bardzo egzotycznego dla Brytyjczyków – bo jak inaczej wytłumaczyć to, że przybył tu na zaproszenie antropologa?

G. Schöpflin, N. Wood (eds.), In Search of Central Europe, London 1989.

J. Kornai, The Road to a Free Economy: Shifting from a Socialist System, New York 1990. Omówienie manifestu węgierskich ekonomistów Fordulat és Reform znajduje się w książce Johanny Bockman, Markets in the Name of Socialism: The Left-Wing Origins of Neoliberalism, Stanford 2011. Na temat VGMK-ów zob. C. Hann (ed.), Market Economy and Civil Society in Hungary, London 1990.

Zob. J. Böröcz, Hungary in the European Union: Catching Up, forever, „Economic and Political Weekly” 47, no. 23, s. 22-25 oraz T. Piketty, 2018 l’année de l’Europe, Le blog de Thomas Piketty, 16.01.2018.

B. Magyar, Węgry: anatomia państwa mafijnego: czy taka przyszłość czeka Polskę?, przekł. E. Sobolewska, Warszawa 2018.

Ibidem, s. 71.

Published 13 February 2020
Original in English
Translated by Iwona Ostrowska
First published by Eurozine (English version) / Czas Kultury (Polish version)

Contributed by Czas Kultury © Chris Hahn / Iwona Ostrowska / Czas Kultury / Eurozine

PDF/PRINT

Read in: EN / PL

Published in

Discussion