Utopia jako realizm

Po całej serii szczytów Europa i jej narody pozostają w impasie. Opinia, że Unia niejedno przetrwała i niejedno jeszcze przetrwa, stopniowo słabnie, a wraz z nią pojawiają się przestrogi, by historię traktować poważnie, bo lubi się powtarzać. Przeciętni Europejczycy traktują te ostrzeżenia poważniej niż ich przywódcy i bez przekonania, jeśli w ogóle, będą oddawać na kogokolwiek głos.

Photo: a pao. Source:Flickr

Od polityki odsuwają się młodzi, starym
brakuje pomysłu. Sprawy mają się wobec tego źle i nic
jeszcze nie zapowiada, że będzie lepiej. Jak wobec tego
będziemy głosować? Na partie zainteresowane dalszą
integracją czy wręcz przeciwnie? A może w ogóle głosować
nie będziemy – to znaczy, że mimo systemu
demokratycznego znów mniejszość zadecyduje o losach
większości?

Maraton wyborczy

Już jesienią dowiemy się, kto dalej poprowadzi
Niemcy i komu tym samym przypadnie gra na
pierwszych skrzypcach w UE . Nie wiemy natomiast, co
z tego wyniknie dla kontynentu, bo projektów na rozwój
Unii nikt w wyborach nie zgłasza, wręcz przeciwnie
– nawet obecność Niemiec w strefie euro podawana jest
w wątpliwość. Choć chadecy prowadzą w sondażach, to
szanse Angeli Merkel na utrzymanie władzy wcale nie
są aż tak duże. Koalicyjna partia liberałów traci w sondażach,
a nawet w ramach jej własnej partii powstają
rozłamy, m.in. na tle polityki europejskiej.

Niemal równolegle z wyborami europejskimi
w maju 2014 roku swoich reprezentantów będą wybierać
Czesi – najpewniej odwołają liberalno-konserwatywną
większość i powierzą władzę nieco bardziej proeuropejskim
socjaldemokratom. Następnie we wrześniu
w Szkocji odbędzie się nie mniej ważne głosowanie
nad przyszłością Wielkiej Brytanii – referendum niepodległościowe,
które zarazem może okazać się głosowaniem
za pozostaniem Szkotów w Europie, gdyby
wcześniej Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem
Unii. Paradoks proeuropejskich nacjonalistów nie jest
zresztą odosobniony, co szczególnie warto przypomnieć
po dwóch dekadach od rozpadu Czechosłowacji i blisko
dziesięciu latach od akcesji Czech i Słowacji do UE . Rząd
Davida Camerona może tym samym przelać czarę goryczy
na kontynencie i uruchomić lawinę nieprzewidzianych
wypadków, mimo że on sam w styczniu tego roku
jakby się opamiętał i przedstawił całkiem interesujący
projekt reorganizacji pryncypiów UE . Czy ktokolwiek
będzie jednak słuchał wstającego od stołu secesjonisty?

Retoryczny kogel-mogel

Mimo całego wysypu potoczystych mów na
temat Europy, ona sama jakby oniemiała stoi w miejscu,
a my razem z nią. W europejskiej dyskusji brakuje
przekonania o sprawczej woli słów wypowiadanych
przez kontynentalnych liderów, choć oczywiście pewne
brzemienne w skutki decyzje zostały już podjęte i Unia
federalizuje się w zakresie gospodarki, finansów i podatków.
To jednak dyskusja odwrócona do obywatela
plecami. O projekt federalnej Europy apelował w Berlinie
w listopadzie 2011 roku Radosław Sikorski, choć zapewne
byłoby lepiej, gdyby w sprawie o fundamentalnym dla
Polski znaczeniu wypowiadał się nasz premier. O politycznej
unii z obowiązkową wiarą mówił w corocznym
przemówieniu przed Parlamentem Europejskim we
wrześniu 2012 roku José Barroso. Angela Merkel stanąwszy
przed tym samym forum dwa miesiące później
(pierwszy raz po pięciu latach), zapowiedziała ostrożną
i powolną unię gospodarczą, monetarną i fiskalną, ale
nie polityczną. Wówczas kilkakrotnie podkreśliła, że Europa
ma poprzez doświadczenie wolności dawać pokój
i dobrobyt. Jednocześnie uznała za europejski sukces spadające koszty pracy w krajach takich jak Grecja czy
Hiszpania, choć trudno sobie wyobrazić, że cieszą się
z tego tamtejsi ubodzy.

Na tym tle styczniowe wystąpienie Davida
Camerona, w którym naszkicował brytyjską wizję Europy,
było z retorycznego punktu widzenia najcelniejsze,
choć powszechnie uważa się je za eurosceptyczne.
Zapewne dlatego, że odwoływało się bezpośrednio do
codziennych doświadczeń obywateli, nie do integracji
systemów administracyjnych. Te doświadczenia zaś
przynoszą przede wszystkim rozczarowania i niepewność
jutra. Kiedy Cameron mówił o konkurencyjności,
uznał za nonsens, że pomimo jednolitego rynku konsumenci
nie mogą kupować w sklepach online produktów
z terenu całej Unii Europejskiej. Wplótł w to antybiurokratyczny
sentyment, nawołując do elastyczności
w miejsce sztywnych regulacji. Przypomniał o konieczności
podejmowania decyzji jak najbliższej obywateli,
deklarując, że władza powinna przepływać nie tylko
od państw członkowskich do Komisji Europejskiej, lecz
także w drugą stronę, czyli zgodnie z coraz mniej praktykowaną
w Unii zasadą subsydiarności. Wypowiedź
wzmocnił apelem o przywrócenie podmiotowości parlamentom
narodowym oraz zasadę uczciwości, czyli
dotrzymania tych zobowiązań o wspólnym rynku, które
będą korzystne dla brytyjskich interesów mimo dalszej
integracji postępującej bez udziału Wielkiej Brytanii.
Słowem – polityczny kogel-mogel i ważna lekcja, że
można przekonywać europejską opinię publiczną, kwestionując
zarazem jej istnienie, o czym Cameron zresztą
wprost powiedział na samym początku wystąpienia.
Jakie płyną z tego wnioski dla Polski i Europy?

Kogo posłuchają Europejczycy?

Kierunek dalszej integracji europejskiej wytycza
Parlament Europejski, który de facto kreuje porządek
prawny we wszystkich państwach Unii. Ale to
parlamenty i rządy narodowe podejmują przełomowe
decyzje i określają tempo “coraz bliższej unii narodów”.
Wyborcy zaś głosują nie tyle świadomi powagi sytuacji,
w której się znaleźliśmy, ile raczej ciężko przez nią
doświadczeni. Resentyment, który wzmaga się w Europejczykach,
każe odebrać Unii władzę. Ale przecież
Unia nikomu tej władzy nie zabrała, więc nie może też
zwrócić. Nie gasną także napięcia wokół pozostawionych
samym sobie imigrantów. Jak wobec tego będą
głosować Europejczycy, skoro są rozczarowani brakiem
poczucia bezpieczeństwa socjalnego, pracy i propozycji
rozwiązań?

Będą głosować na tych, którzy najgłośniej
obwiniają Unię Europejską o całe zło. Zapewne więcej
takich europosłów trafi do Brukseli już za rok. Europejski
podatnik zapłaci im zaś całkiem pokaźne pensje
za dalsze podsycanie antyeuropejskich nastrojów. Będą
to głównie reprezentanci państw najdłużej obecnych
w Unii – w nich wybory eueropejskie nie są zbyt konkurencyjne.
Polityczny kapitał zbiją tam wobec tego
partie takie jak Partia Niepodległości Zjednoczonego
Królestwa Nigela Farage’a, który w happeningowym
stylu z partii marginesu stworzył trzecią co do wielkości
siłę polityczną Wielkiej Brytanii – w maju 2013 roku
na tę partię chciało głosować 18 procent Brytyjczyków,
deklasując tym samym Liberalnych Demokratów.
W siłę rosną też eurosceptyczny Front Narodowy pod
przewodnictwem Marine Le Pen oraz węgierski Jobbik.
Jakim narzędziem posługują się te partie? Otóż używają
języka negatywistycznego populizmu, języka prostego,
odwołującego się do odczuć i postaw uniwersalnych dla
kondycji ludzkiej. Tego samego populizmu, którego reszta
Unii Europejskiej się wyrzeka, preferując w zamian
mdły i niezrozumiały biurokratyzm. Te partie tworzą
atrakcyjniejszy przekaz polityczny, bo mówią wprost
do ludzi – a kto z europejskiego establishmentu potrafi
dziś tak mówić?

Zapomnijmy o traktacie

Właściwie dlaczego Europa nie mogłaby być
choć odrobinę populistyczna, ludzka, zagospodarowująca
nadzieje, oczekiwania i wartości? Jak długo rozsądni
politycy europejscy będą przedkładać patriotyzm narodowy
nad patriotyzm europejski? Jeden drugiemu
nie jest wcale przeciwstawny. Jest pokrewny. Dlatego
potrzebujemy fundamentu. Może być nim krótka, zaledwie
kilkustronicowa, czytelna dla każdego konstytucja,
porządkująca zasady, które nas łączą. Krótka i ludowa.
Nie traktat państw, ale konstytucja obywateli. Dająca
czytelny podział kompetencji władz narodowych i europejskich,
bez zbędnych ornamentów w preambule.
Stawiająca swobodę obywateli i obywatelskich wspólnot
na pierwszym miejscu. Prosta i łatwa do zapamiętania.
Przede wszystkim zaś silna nadzieją, że przyszłość tworzona
wspólnie przez Europejczyków będzie lepsza. To
ryzykowny pomysł, ale bez takich pomysłów ryzyko
rozpadu może być za duże. A do rozpadu dążą dziś
wszystkie siły polityczne czerpiące siłę z kryzysu.
Co się zaś tyczy Polski i państw naszego regionu,
to tendencje w wyborach do europarlamentu
są wręcz odwrotne. Wybierają się tam najbystrzejsi reprezentanci z każdej frakcji. Ustępują tym samym
miejsca wielu mało doświadczonym, lub, co gorsza, mało
uzdolnionym kolegom w kraju. Wpływa to w widoczny
sposób na jakość życia parlamentarnego, którym da się
od tego momentu sterować za pomocą SMS -ów z partyjnej
centrali. Tymczasem do Polski nie płyną informacje
o jakichś spektakularnych działaniach i przemówieniach
reprezentantów narodu w Strasburgu i Brukseli. Potencjał
europejskości w narodowym parlamencie, zdolność
mówienia o interesie narodowym Polski w kategoriach
interesu europejskiego jest marnotrawiony, a obecny
rząd może okazać się równie dobrze ostatnim tak entuzjastycznie
popierającym dalszą integrację. Jak Polska
mogłaby utrwalić realistyczny kierunek europejski,
zachowując jednocześnie zdrowy dystans oraz zdrowy
rozsądek w wyborach dotyczących wzmocnienia naszej
roli w federalizującej się Europie?
Otóż moglibyśmy zgłosić właśnie taką inicjatywę
konstytucyjną, budując wokół niej naszą przyszłość
w Unii. Taka inicjatywa, przy wsparciu i akceptacji
dalszych partnerów w Unii, przybliżyłaby Polskę do
upragnionej roli – w gronie najważniejszych państw.
W momentach kryzysu, które cyklicznie dotykają Europę,
zyskać można tylko na nowych inicjatywach. Wiele
w Europie było inicjatyw, które nie zyskały akceptacji,
ale bez zgłaszania rozwiązań można tylko stracić.
Zbudowanie skutecznej koalicji na rzecz
konstytucji wymaga czasu i pracy, ale skoro w interesie
Polski jest dalsza integracja i obecność w gronie
decyzyjnym, to właśnie takie inicjatywy są potrzebne.
Projekt konstytucyjny być może jest utopią, ale to utopie
zmieniły świat i nadały mu demokratyczny charakter.
Warto o nie walczyć choćby dla odzyskania wyobraźni,
że może być lepiej niż jest i że trzeba się o to postarać.
To na utopii, a nie na biurokratycznych procedurach, da
się zbudować silny, pozytywnie rozumiany populizm,
patriotyzm przyszłości, jasne oblicze wspólnoty. Bez
tego przekonania Europę można dalej z powodzeniem
porównywać do Związku Radzieckiego albo Austro-
-Węgier i tylko czekać na to, co nieuchronne.

Published 6 November 2013
Original in English
First published by Res Publica Nowa 22 (2013) (Polish version); Eurozine (English version)

Contributed by Res Publica Nowa © Wojciech Przybylski / Res Publica Nowa Eurozine

PDF/PRINT

Read in: EN / PL

Published in

Discussion