Obrona dekadenckiej Europy?

Książka Raymonda Arona Plaidoyer pour l’Europe decadente (Obrona dekadenckiej Europy) ukazała się w 1977 roku. Był to czas powszechnego pesymizmu i zwątpienia nie tylko w przyszłość demokracji, lecz także samej Europy. Kryzys paliwowy z 1973 roku wstrząsnął europejskimi gospodarkami. Ruchy studenckie z lat 60. i fala terroryzmu, która pojawiła się w takich krajach jak Niemcy Zachodnie czy Włochy, doprowadziły do rozbicia europejskich społeczeństw. W polityce światowej Europa traciła na znaczeniu. Ludziom żyjącym w latach 70. wydawało się, najogólniej rzecz biorąc, że stoją na skrzyżowaniu ślepych ulic.

Ponowne odczytanie książki Arona w 2014 roku daje nam lepsze pojęcie o obecnym kryzysie. Uświadamia, że kiedyś już przez to przeszliśmy, ale i przestrzega przed myśleniem, że skoro przetrwaliśmy wtedy, to przetrwamy i dziś. Wynika to stąd, że Aronowska obrona Europy nie jest książką o Europie, lecz o iluzjach marksizmu, nieodłącznej niestabilności ustrojów komunistycznych i typowym upodobaniu europejskich intelektualistów do apokaliptycznych samokrytyk. Aron miał rację, że przyszłością świata jest demokratyczny kapitalizm, nie zaś sowiecki komunizm. Teraz jednak, gdy komunizm jest już historią, pojawia się pytanie: jak powinniśmy dziś bronić dekadenckiej Europy?

Unia Europejska już nie istnieje, przynajmniej w tym kształcie, w którym ją znaliśmy. Zawalił się każdy z filarów, które wspierały i uzasadniały jej istnienie.

Sondaż przeprowadzony wśród niemieckiej młodzieży licealnej od czternastego do piętnastego roku życia, którego wyniki opublikowano niewiele ponad rok temu, wykazał, że jedna trzecia młodych ludzi nie wie, kim był Hitler, a 40 procent uważa, że od roku 1933 prawa człowieka były respektowane w jednakowym stopniu przez wszystkie niemieckie rządy. Nie wynika stąd w żadnej mierze, by w Niemczech istniała jakakolwiek nostalgia za faszyzmem. Oznacza po prostu, że musimy się dziś zmierzyć z pokoleniem, które z tą historią nie ma nic wspólnego. W chwili obecnej przekonanie, że Unia Europejska zawdzięcza swoją legitymizację korzeniom tkwiącym w II wojnie światowej, jest iluzją. Unia nie ma dziś – i nie może mieć – wroga, który mógłby uzasadniać jej istnienie w takim samym stopniu co ZSRR po 1949 roku.

Trzeci filar, który uległ rozsypce, to dobrobyt. Unia Europejska nadal jest bardzo bogata – nawet jeśli nie dotyczy to wszystkich krajów członkowskich – jednak sześćdziesiąt procent Europejczyków jest przekonanych, że ich dzieci nie będą żyły na równie wysokim poziomie co oni sami. Innym źródłem legitymizacji była wiara w konwergencję, która rodziła u mieszkańców krajów wstępujących do Unii oczekiwanie, że wszystkie korzyści związane z przynależnością do klubu bogaczy, stopniowo staną się ich udziałem. Istotnie, jeszcze kilka lat temu miało to pewne potwierdzenie w faktach, dziś jednak, jeżeli wierzyć prognozom ekonomicznym na najbliższe dziesięć lat, należy się spodziewać, że taki kraj jak Grecja pozostanie równie biedny w porównaniu z Niemcami co w dniu swego wstąpienia do Unii. Obrona dekadenckiej Europy pozostaje więc możliwa wyłącznie w sferze idei i tu właśnie pojawia się dla nas realne wyzwanie. Dlaczego w wyniku rozpowszechnienia się demokracji w Europie europejscy intelektualiści utracili (z paroma wyjątkami) zdolność mierzenia się z dylematami, które ten ustrój dziś rodzi? Dlaczego Europa zgubiła swój uniwersalistyczny potencjał?

To, co w europejskim doświadczeniu zaledwie wczoraj zdawało się mieć powszechne zastosowanie, dzisiaj zaczyna się nam wydawać czymś wyjątkowym. Nawet pobieżny rzut oka na Chiny, Indie i Rosję, nie mówiąc o rozległych obszarach świata muzułmańskiego, jasno pokazuje, że zarówno etniczny nacjonalizm, jak i religia pozostają głównymi ideologicznymi siłami napędowymi kształtującymi globalną politykę. Postmodernistyczny postnacjonalizm i sekularyzm nie zbliżają reszty świata do Europy, lecz odpowiadają za jej odmienność. Jednocześnie jednak w światowym cyklu ideologicznym, w który obecnie wchodzimy, liberalizm jest w odwrocie. Etniczny nacjonalizm i religia nie tylko zyskują na sile w świecie pozaeuropejskim, lecz także stają się coraz wyraźniej obecne w samej Europie. Bruksela jako stolica Unii Europejskiej bardzo różni się duchem od Brukseli jako stolicy Belgii. Pierwsza kocha różnorodność i multikulturalizm, w drugiej nasila się polityka symboliczna i powracają upiory etnicznie zakorzenionych podziałów. Kryzys wystawił postnarodową politykę na poważną próbę. Obudził świadomość kolektywnych doświadczeń narodowych i doprowadził do odrodzenia się narodowych narracji, które długo pozostawały zamknięte w symbolicznych archiwach. Żyjemy dziś w Europie całkiem odmiennej od tej, którą opisywał Aron. Musimy więc zmierzyć się na nowo z pytaniem, czy chcemy jej bronić i jak powinniśmy to robić. Kwestia ta tymczasem pozostaje otwarta.

Published 7 July 2014
Original in English
First published by Res Publica Nowa 25 (2014) (Polish version); Eurozine (English version)

Contributed by Res Publica Nowa © Ivan Krastev / Res Publica Nowa / Eurozine

PDF/PRINT

Read in: EN / PL

Published in

Discussion