Antykomunizm w postkomunistycznym kraju

Jak tendencje progresywne stają się regresywnymi?

W Republice Czeskiej nieustannie toczy się debata, czy wciąż jesteśmy krajem postkomunistycznym. Przedstawiciele różnych środowisk, zazwyczaj starający się zebrać argumenty udowadniające dlaczego nie jesteśmy już krajem postkomunistycznym, często opierają swoje opinie na fakcie, że niemal dwadzieścia lat po aksamitnej rewolucji nie ma już wielu problemów społecznych, które byłyby bezpośrednio połączone z komunistycznym okresem naszej historii. Ten argument wydaje się dość silny: podstawowe bolączki czeskiego życia politycznego i społecznego rzeczywiście można uznać raczej za owoce ostatnich dwóch dekad niż za rezultaty poprzedniego systemu. Z tego punktu widzenia rzeczywiście nie jesteśmy krajem postkomunistycznym. Jakkolwiek to podejście może być mylące. W końcu niewiele kłopotów, z którymi musieliśmy sobie radzić przez ostatnich dwadzieścia lat, może być uznane za bezpośrednie skutki wcześniejszych rządów; były one raczej efektem towarzyszącym politycznej i ekonomicznej transformacji oraz błędów czy przypadków rozmyślnego nadużycia władzy, które zdarzały się w czasie jej trwania. Zdaje się zatem, że opisanie tych zjawisk epitetem “postkomunistyczne” jest cokolwiek nieprecyzyjne. W każdym razie, jeśli chcemy określić, czy nasze społeczeństwo jest, czy nie jest postkomunistyczne, powinniśmy zdefiniować postkomunizm. Do tego zadania można podejść wielorako, ale niedługo zrozumiemy, że jedyna mniej lub bardziej zrozumiała definicja wydaje się subiektywna: społeczeństwem postkomunistycznym jest to, które się za takie uważa.

Jeśli nawet pobieżnie spojrzymy na tematy aktualnego dyskursu politycznego i społecznego w Czechach, zauważymy, że o komunizmie dyskutuje się często i na bardzo różnych poziomach – począwszy od wnikliwych debat historycznych, skończywszy na histerycznych wrzaskach i inwektywach. Mamy aż dwa instytuty badające zbrodnie komunizmu, mamy prawo lustracyjne i skandale dotyczące współpracy ze służbą bezpieczeństwa, mamy archiwa StB i gorącą debatę o sposobie ich upublicznienia, mamy nawet procesy przeciwko podejrzanym, ale także odznaczenia i słowa pochwały dla ofiar. W telewizji transmitowane są nostalgiczne programy, w których zapewnia się nas, że wcale nie było tak źle, że komunizm miał pewien urok. I w końcu, co nie jest pozbawione znaczenia, odczuwamy dumę i satysfakcję tych, którzy przeszli przez coś bardzo szczególnego, wiedzą lepiej, a ich doświadczenia nie daje się łatwo podważyć. Jedynym problemem jest to, że nie byliśmy w stanie dobrze wykorzystać tych doświadczeń i przekazać ich dalej. Występuje u nas także bardzo dziwne zjawisko. Jest nim rozmyślnie nadużywany antykomunizm.

Nie dajcie się zmylić: uznając antykomunizm za zjawisko negatywne, nie mam na myśli wiarygod?nych badań nad przeszłością czy jakichkolwiek prób znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego nasze społeczeństwo tak łatwo poddało się niebezpiecznej ideologii i dlaczego zaakceptowaliśmy ją bez żadnych zahamowań; nie mam też na myśli prób znalezienia, zidentyfikowania i – jeśli to możliwe – ukarania zarówno jednostkowych przestępców, jak i inicjatorów szerszych szkodliwych kontekstów. Nie jest moim zamiarem kiwać z aprobatą w stronę prezydenta Vaclava Klausa, który jakiś czas temu skrytykował “ślepy antykomunizm” czeskich dysydentów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, mówiąc, że to raczej “prości Czesi” z ich zewnętrzną zgodą, wewnętrznym szwejkowskim oporem i faktycznym pasożytnictwem byli kluczowi dla obalenia totalitaryzmu i stworzenia demokracji. Przez antykomunizm rozumiem pewne tendencje dostrzegalne wśród czeskich polityków i, często bez żadnych ograniczeń, przejmowane przez kręgi intelektualne. Tutaj wielokrotne, a bywa, że i niczym niepoparte, nawiązania do komunistycznej przeszłości weszły w modę, stały się tanim, łatwo dostępnym i chętnie używanym środkiem walki politycznej, irracjonalnym argumentem, peleryną odwracającą uwagę od rzeczywistych problemów i w następstwie hamującą i opóźniającą ich rozwiązanie. Tym właśnie zjawiskiem zajmę się w moim tekście.

Rewolucjoniści na emeryturze

Aby dokładniej przeanalizować to zjawisko, musimy przypomnieć szczególną pozycję partii komunistycznej w Czechach. W większości krajów byłego bloku wschodniego po przemianach roku 1989 partie komunistyczne były zmuszone zmierzyć się z dyleatem przyszłego istnienia. Czy powinny wyciągnąć naukę z przeszłości i starać się naprawić swój wizerunek? Czy powinny trzymać się marksizmu-leninizmu jako jedynej prawidłowej ideologii? Czy powinny wy?znać zbrodnie i błędy popełnione w imię tej ideologii? Czy powinny pozbyć się swoich niepopularnych liderów i zaoferować opinii publicznej nowe, bardziej obiecujące twarze? Większość partii rzeczywiście próbowała dokonać przemiany. Zmieniły one swoje nazwy i odtąd starały się zostać zwykłymi partiami w ustroju demokratycznym. Niektóre odniosły nawet sukces i mogą być uznane za zwyczajne ugrupowania o orientacji socjaldemokratycznej. Inne nie były w stanie dokonać przekonującej metamorfozy i w przeciągu kilku lat zniknęły z życia publicznego. Czescy komuniści – być może ze względu na brak reformatorskiego skrzydła wewnątrz partii – podeszli do problemu na swój sposób: aby zachować twarz i zabezpieczyć polityczne istnienie nie zrobili właściwie nic. Zachowali nazwę zawierającą słowo “komunistyczna”, odmówili wyrzeczenia się marksizmu-leninizmu jako swojej ideologii i walki klasowej jako środka do jej osiągnięcia. To prawda, że usunęli niektórych z najwyżej postawionych członków, ale zmianie tej nie towarzyszyła wewnętrzna refleksja. Wciąż uważają czterdzieści lat rządów komunistycznych za okres, któremu, oprócz kilku “błędów”, nie można nic zarzucić. Znając przeszłość, możemy stwierdzić, że czescy komuniści wybrali najlepszą metodę, by przetrwać na scenie politycznej. Nie tylko wciąż działają jako w pełni sprawna partia parla?mentarna, ale cieszą się także stabilnym poparciem oscylującym między dwunastoma a piętnastoma procentami, a czasami sięgającym nawet dwudziestu procent głosów.

Teoretycznie, według statutu i programu wyborczego, czescy komuniści są, tak jak ich prekursorzy, rewolucyjną partią dążącą do radykalnych zmian społecznych i ekonomicznych, przejęcia nieograniczonej władzy i wprowadzenia dyktatury proletariatu. Praktyka jest jednak inna: w rzeczywistości partia komunistyczna nie oferuje w tym zakresie żadnego pozytywnego programu, a w walce politycznej zadowala się okazjonalnym utrudnianiem wysiłków innych partii (członkostwo w NATO, negocjacje z Unią Europejską, problemy dotyczące amerykańskiego radaru etc.). W kwestiach, które z jej punktu widzenia nie są jednoznacznie kontrowersyjne, ugrupowanie zdaje się dość rozsądną siłą polityczną. Jawi się jako partia zdolna zasiąść do konstruktywnych negocjacji. Jednak trudno sobie wyobrazić, że w obecnym stanie i z tymi ludźmi na czele mogłaby ona stać się awangardą rewolucji proletariackiej, przejąć władzę siłą, utrzymać ją przez dłuższy czas i dokonać istotnych zmian w całym społeczeństwie. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że jej główne zmartwienie stanowi stabilna egzystencja w obecnym systemie, rozsądny udział we władzy i wygodne życie dla jej reprezentantów.

Jak to możliwe, że partia wykazująca tak dużą rozbieżność między deklarowanymi celami i rzeczywistą linią może nie tylko przetrwać, ale utrzymać stabilne poparcie wyborców? W końcu nie ma ona żadnych rozpoznawalnych postaci publicznych, nie jest w stanie przyczynić się w istotny sposób do debaty o problemach czeskiego społeczeństwa, nawet na promocję wydaje dużo mniej pieniędzy niż jej polityczni rywale – krótko mówiąc, w wielu kwestiach korzysta z darmowej przejażdżki. Możliwe, że odpowiedzi na to pytanie należy szukać nie w samej partii komunistycznej, ale w postawach przybieranych wobec komunistów zarówno przez reprezentantów innych ugrupowań, jak i sporą część czeskiego społeczeństwa.

Partia komunistyczna oficjalnie jest poddawana ostracyzmowi. Większość tak zwanych partii demokratycznych w wewnętrznych regulacjach zabroniła sobie współpracy z komunistami na poziomie parlamentarnym. Zapobieżenie ponownemu przejęciu przez nich władzy jest zazwyczaj deklarowane jako jeden z naczelnych celów politycznych, co więcej, stanowi ono główny warunek jakichkolwiek negocjacji, do którego dostosowuje się pozostałe punkty. Komuniści nie są uważani za równorzędnego partnera i wielokrotnie bywają określani jako jedno z największych zagrożeń, z którymi czeska demokracja jest zmuszona się zmierzyć. Każdą możliwą zmianę tego radykalnego stanowiska obarczono kilkoma wymogami: partia komunistyczna musi najpierw zdystansować się od przeszłości, zacząć szanować zasady demokratycznej konkurencji politycznej i jednoznacznie wytłumaczyć się ze zbrodni (nie “błędów”), które popełniła w przeszłości. Innymi słowy, czescy komuniści mają zrobić to, co zrobiły partie komunistyczne w innych krajach: stać się kimś innym i z tą nową tożsamością bronić swego istnienia w walce politycznej.

Oczywiście komuniści nie chcą niczego podobnego, wówczas bowiem zamieniliby się w swoich najgorszych wrogów. Istniejąca konstelacja zapewnia im, przynajmniej na razie, wygodne egzystowanie bez konieczności wymyślania i wprowadzania w życie jakiegokolwiek programu politycznego. Co więcej, zdają sobie sprawę, że niekończące się ataki z zewnątrz nadają ich partii konieczną siłę, etos, którego nie są w stanie stworzyć za pomocą twórczej pracy wewnątrz ugrupowania. Z tego powodu czeska partia komunistyczna jest negatywistyczna w więcej niż jednym znaczeniu.

Ten odwieczny ostracyzm daje komunistom jeszcze jedną przewagę. W atmosferze sceptycyzmu i zawiedzenia życiem politycznym – które Vaclav Havel trafnie kiedyś nazwał “ponurym nastrojem” będącym od tego czasu prawdopodobnie chroniczną chorobą czeskiego społeczeństwa – partia komunistyczna, dzięki swojej izolacji, jest jedyną siłą polityczną nie idącą na kompromis i nie mającą udziału we wszechobecnym brudzie. Jest to ugrupowanie, które, wbrew swojemu silnemu elektoratowi, w ciągu ostatnich dwudziestu lat nigdy nie uczestniczyło w sprawowaniu władzy; dzięki temu nigdy nie miało okazji “zdradzić” wyborców czy złamać obietnic wyborczych i jako takie pozostaje w oczach niektórych ludzi wzorem czystości i uczciwości. Dodajmy, że ideologia komunistyczna zawsze cieszyła się relatywnie silnym poparciem czeskiego społeczeństwa (odmiennie niż w innych krajach, tutaj nigdy nie uznawano jej za produkt sowiecki), i nagle nie ma już potrzeby pytać, dlaczego czescy komuniści ciągle mogą polegać na przyzwoitej liczbie wiernych wyborców.

Kryzys brneński

Te fakty są oczywiste. Dlaczego w takim wypadku “demokratyczni” reprezentanci polityczni trzymają się swoich bezlitosnych ataków werbalnych i teatralnie deklarowanych poglądów antykomunistycznych, jeśli ich głównym celem jest, jak to ujmują, położenie definitywnego kresu dziedzictwu komunizmu? Czy nie byłoby lepiej przyjąć bardziej ugodowe podejście, dopuścić komunistów do demokratycznej dyskusji i pozwolić im bronić swoich poglądów? Czy nie opłacałoby się bardziej tym partiom zostawić komunistom miejsce w procesie decyzyjnym i rozwiać w ten sposób aurę jedynych nieubrudzonych? Jeśli przyjrzymy się sytuacji bliżej, widzimy, że ostre antykomunistyczne ataki czeskich polityków, oprócz małych wyjątków, są raczej słowne niż faktyczne, mierzą raczej w symbole niż w rdzeń i jako takie same w sobie są symboliczne i przede wszystkim kompletnie bezzębne.

Naprawdę bezzębne? Mogą być tak nazwane tylko o tyle, o ile mowa jest o problemie komunizmu w społeczeństwie czeskim i o sposobach, dzięki którym radzi sobie ono z przeszłością. W rzeczywistości można je też uznać za dobrze przemyślaną aktywność, której celem jest odciągnięcie uwagi od rzeczywistych problemów społecznych lub zdobycie kilku więcej punktów w codziennej walce politycznej.

Czasami wysiłki te przybierają naprawdę groteskowe kształty. Pozwolę sobie wspomnieć przykład, o którym czeska prasa dyskutowała przez kilka miesięcy. Rzut kamieniem od miejsca, gdzie mieszkam, w brneńskiej dzielnicy Královo Pole znajduje się mały, ukryty park, a w nim skromny pomnik żołnierzy Armii Czerwonej, którzy zginęli, uwalniając tę część miasta w kwietniu 1945. Po 1989 okolica ta przez lata była zaniedbana, a zdobiący pomnik symbol Armii Czerwonej, to znaczy pięcioramienna gwiazda z sierpem i młotem, zdawał się nikomu nie przeszkadzać. Ale niedawno rada gminy zrozumiała, że to zapomniane miejsce przynosi okolicy wstyd, i postanowiła odnowić monument. Poproszono o opinię biuro odpowiedzialne za zachowanie historycznych pomników, które poradziło odrestaurować go w obecnym stanie, to jest wraz z symbolami Czerwonej Armii. Tak też zdecydowała się postąpić gmina i prywatna firma została wyłoniona, aby wykonać to zadanie. Na razie wszystko w porządku. Jednak jeden z radnych, członek tej samej partii, która podjęła decyzję, nie zgadzał się z tym i zaczął działać na własną rękę. Uzbrojony w szlifierkę natarł na monument i ostentacyjnie usunął z niego znienawidzone symbole; kiedy na miejsce dotarła policja ostentacyjnie pozwolił się aresztować i ostentacyjnie zapłacił nałożoną grzywnę (raczej symboliczną, wziąwszy pod uwagę jego realne dochody).

Pragmatyzm tego zachowania rzuca się w oczy. Praktycznie nieznany lokalny polityk dokonuje pozornie bohaterskiego czynu, który jednak nie wiąże się dla niego z żadnym ryzykiem, i zdobywa natychmiast zainteresowanie mediów, jakiego nie byłby w stanie uzyskać w ciągu lat ciężkiej politycznej pracy. Zaskakujące jest zatem, jaką reakcję wzbudziło to celowe działanie nie tylko wśród polityków, ale także w krę?gach intelektualnych. Rada gminy obstawała przy poprzedniej decyzji i z powrotem umieściła gwiazdę z sierpem i młotem na monumencie (tym razem nie wycięte w kamieniu, ale brązowe). Wokół samozwańczego komunisty utworzyła się jednak grupa, która nie zamierzała zaakceptować niczego podobnego. Jako argument podali, że symbolem Armii Czerwonej była prosta gwiazda bez sierpa i młota (co nie jest prawdą). Stwierdzili, że w kraju, który przez czterdzieści lat niszczyli komuniści, takie symbole na pomnikach są niedopuszczalne (jak gdyby w kraju nie było dziesiątek podobnych monumentów), i porównali tę sytuację do takiej, w jakiej monument upamiętniający niemieckich żołnierzy zabitych podczas drugiej wojny światowej byłby udekorowany Hakenkreuzem. Incydent został potępiony przez ambasadę rosyjską, odkąd pewne głosy zaczęły porównywać “kryzys brneński” z sytuacją powstałą w rezultacie przenosin sowieckiego pomnika w estońskim Tallinie jakiś czas wcześniej. Jeśli owo porównanie cokolwiek pokazuje, to tylko irracjonalność i nieodpowiedniość tej antykomunistycznej histerii. Po pierwsze, inaczej niż w Estonii, w Czechach nie istnieje znacząca mniejszość rosyjska. Po drugie, podczas gdy w Es?tonii rzeczywiście można dyskutować, czy sowieccy żołnierze, którzy wypchnęli Niemców z kraju, byli wyzwolicielami czy najeźdźcami, ewidentne jest, że w Czechach sowieccy żołnierze przybywający w 1945 stanowili niewątpliwie wyzwolicieli – społeczeństwo czeskie tak ich postrzegało i jako takich powitało ich z należytą radością.

Dyskusja o komunistycznych symbolach na sowieckim monumencie nie miała się jednak skończyć tak łatwo. Więcej ludzi wyruszyło na memoriał, między nimi kilka osób, które wysoko sobie cenię, tyle że tym razem uzbrojonych nie w szlifierki, ale w pędzle i klej, aby zakleić nienawistne symbole portretami Milady Horákovej, jednej z pierwszych i najsłynniejszych ofiar komunistycznej dyktatury. Policja – zdezorientowana i pełna wahania – znów przybyła, aby aresztować i nakładać grzywny. Wszystko to działo się nad głowami dziesiątek zabitych żołnierzy, którym nikt nie poświęcał uwagi, żołnierzy, którzy kiedyś przybyli z daleka po to, aby zginąć, uwalniając kompletnie nieznane sobie miasto z rąk nazistów.

Jeśli przyjrzymy się dzisiejszej czeskiej scenie politycznej, możemy łatwo zidentyfikować problemy, które najbardziej na niej ciążą. Są wśród nich: populistyczne linie liderów politycznych, ich absolutna nieumiejętność negocjacji ze sobą na wzajem i szukania kompromisu, agresywność i zerowa kultura polityczna, pozbawiona skrupułów korupcja i oddalenie od reprezentacji elektoratu; w szerszym kontekście społecznym – wciąż rosnące w siłę manifestacje rasizmu i ekstremizmu, przeciwko którym ani rząd, ani policja, nie są w stanie działać, i inne negatywne zjawiska. Ta lista daleka jest od bycia wyczerpującą, ale co do jednego nie istnieją wątpliwości: żadna z zawartych na niej rzeczy nie ma nic wspólnego z czeskim dziedzictwem komunizmu. Niemniej jednak antykomunistyczne postawy czeskich parlamentarzystów i intelektualistów opierają się na założeniu, że to komunistyczne dziedzictwo samo w sobie jest najważniejszym problemem dzisiejszego społeczeństwa Czech, odciągając jedynie uwagę od prawdziwych problemów i utrudniając ich rozwiązanie. Amunicja, której używają, jest głównie werbalna, a ich teoretyczny cel stanowi partia komunistyczna; ona jednak, w swoim zamknięciu i politycznej izolacji, pozostaje odporna na działanie tej broni czy nawet na niej zyskuje. Niewątpliwie dzisiejsza partia komunistyczna nie wydaje się szczególnie niebezpieczna dla czeskiego społeczeństwa; możemy nawet powiedzieć, że jej istnienie jest cokolwiek zyskowne: wiąże ona ze sobą chronicznie zawiedzionych i ekstremistycznie zorientowanych członków elektoratu, których czyni nieefektywnymi dzięki swojej totalnej niezdolności do działania.

Nie bez przesady możemy powiedzieć, że bezcelowe (czy przeciwnie: celowo opacznie wykorzystywane) postawy antykomunistyczne mogą być uznawane za jeden z symptomów społeczeństwa postkomunistycznego, które nie jest w stanie określić swoich najbardziej palących problemów i zamiast patrzeć na teraźniejszość i przyszłość, pozostaje związane z przeszłością i jej od dawna już nieistotnymi sprawami. Mimo to nie możemy przypuszczać, że sytuacja ta zostanie naprawiona, kiedy przyjdzie czas. W końcu ktoś kto chce uporać się ze swoją przeszłością musi najpierw zrobić krok naprzód.

Published 3 December 2009
Original in English
Translated by Szymon Ozimek
First published by Res Publica Nowa 3/2009 (Polish version)

Contributed by Res Publica Nowa © Marek Sečkař / Res Publica Nowa / Eurozine

PDF/PRINT

Read in: EN / PL

Published in

Discussion